Joanna siedziała w półmroku, opierając się wygodnie o skórzane oparcie fotela. W ciszy słychać było tylko delikatne tykanie zegara i cichy szelest jej oddechu. W dłoni obracała cienki łańcuszek, którego chłód kontrastował z ciepłem jej skóry.
Światło lampy przesuwało się po jej twarzy — spokojnej, ale pełnej napięcia. Czekała. Lubiła ten moment najbardziej — chwilę zawieszoną między planem a spełnieniem. Nie była pewna, czy dziś przekroczy granicę, czy raczej pozwoli mu tylko poczuć jej obecność, ciężar spojrzenia, władzę niewypowiedzianych słów.
Gdy usłyszała cichy dźwięk klucza w zamku, uniosła głowę. W powietrzu zawisło napięcie, gęste jak dym.
– Jesteś na czas – powiedziała cicho, a w jej głosie brzmiała zarówno obietnica, jak i ostrzeżenie.
Niepewność zatańczyła między nimi jak iskra. On wszedł, milcząc, a ona tylko skinęła dłonią, wskazując miejsce u swoich stóp.
Reszta miała dopiero nadejść.