TheFaceMan
Czytając ten post, mam wrażenie, jakbym zaglądał do kart romantycznej, tragicznej literatury – tam, gdzie miłość nie jest tylko szczęściem, ale próbą duszy.
Bo przecież tak kochali Werter i Lotte – on widział w niej sens istnienia, ona była jego porankiem i jego zmierzchem, a jednak los postawił między nimi mur, którego nie dało się przeskoczyć bez zapłacenia najwyższej ceny. Tak kochali Romeo i Julia – dla siebie byli całym światem, a świat okazał się dla nich zbyt okrutny. Tak kochali Tristan i Izolda – miłość przyszła jak czar, jak przeznaczenie, które nie pyta o zgodę, tylko bierze człowieka w niewolę serca.
Twoje słowa brzmią jak wyznanie kogoś, kto już spotkał swojego „człowieka losu”. Kogoś, przy kim wady przestają być ciężarem, a błędy nie przekreślają wartości. W romantycznej literaturze taka miłość zawsze była święta – nawet jeśli była skazana na ból. Bo romantycy wierzyli, że lepiej kochać i cierpieć, niż nie kochać wcale. Że jedna prawdziwa miłość jest warta więcej niż całe życie bez niej.
Ale jest w Twoim tekście coś, czego często brakowało bohaterom tragedii – świadomość. Oni zwykle kochali aż do samozatracenia, nie umieli „dbać”, tylko ginęli w uczuciu. Ty piszesz: „Dbaj o tego człowieka, bo życie jest nieprzewidywalne”. To brzmi jak lekcja wyciągnięta z ich losów. Jakbyś mówił: nie chcę być jak Werter, który kochał pięknie, ale bezradni
Mężczyzna • 37 minut temu