Któregoś dnia ten wewnętrzny głos wybrzmiał we mnie mocniej niż zawsze. Zew natury, tylko zepsuty. Bezczelny skurwysyn. Spojrzał mi prosto w oczy nie spuścił wzroku choćby chuj na chuju.
Nie powiedział „zdradź”. To by było zbyt proste. Jest męski, ale nie jest moim władcą. Nie decyduje za mnie. Jest tym, który wyważa drzwi do miejsca, do którego chcę wejść kiedy mówię „idę po swoje”.
Konflikt doskonałości z życiem objawia się próbami zadowolenia idealnej wersji siebie. I ma zasadniczo jedną wadę - sterylne wybory.
Bezczel patrzy na to wszystko i pyta: „No dobra. A czego naprawdę chcesz?”
Kurwa.
„Bardzo chce mi się pić.” - mówię i patrzę na niego, a ten chuj wyważył kolejne drzwi zapraszając do środka na kawę.
Lubię go. Dba o moje decyzje.
Mówi: „Chodź, chodź. Przekonaj się kim naprawdę potrafisz się stać”.