Myśliwy nie ruszy w knieje bez sztucera przewieszonego przez ramię, posłaniec śmierci ufa dobrze znanemu dłoni kształtowi kolby od Parabelki, polityk z rozmysłem ostrzy sztylet obietnic, w których zapomniał już sam, gdzie kończy się prawda, a kaznodzieja niesie przed sobą oręż swego strzelistego pustosłowia. Zaś ja, na własne łowy, zabieram broń najwierniejszą — klasyczne szpilki.
I choć psotny ptak na przedniej szybie zdążył zaznaczyć już swą obecność, ustawiam tam jeden z moich smukłych bucików, niczym marynarz stawiający latarnię na dziobie okrętu. Niechaj na straży mojej podróży stoi ta czarna szpilka — smukła jak igła kompasu, niewzruszona wobec kilometrów. Niechże więc liczy zakręty losu wijącego się na kształt meandrującej rzeki, a ja, zaplątana w zmysły, przeczucia i ciche instynkty, jadę dalej — tam, dokąd prowadzi droga, której mapę kreśli samo życie.