Tak, to ja — znamienna Gosia, której 120 kilogramów niegdyś przetaczało się zawiłymi meandrami Gliwic, jakby zostało stworzone dla cudzych drwin. Dźwigałam nie tylko ciężar własnego ciała, lecz także skutki leczenia depresji, które zamknęły mnie za kratami niewidzialnej niewoli. „To są dobre leki dla pani — proszę brać, za miesiąc będzie pani 6 kg grubsza...”.
Dziś wracam, lżejsza o czterdzieści kilogramów i bogatsza o tysiące cichych zwycięstw, których nikt nie chciał zauważyć. Nie ukrywam luźnej skóry na udach, bo ona jest niczym blizna po wygranej bitwie i dowód, że przeszłość była prawdziwa. W bordowych barwach, bez lęku o to, czy jeszcze mogę być kobietą, kroczę przez miasto i wiem, że przyjmie mnie jeszcze na pokład każdy pociąg, do którego tylko zapragnę wsiąść, bo największą podróż odbyłam już wcześniej.
Gdzie się podziewałam przez te wszystkie lata? No to jestem.