Wszedł do mnie tylnym wejściem.
Powolutku, zupełnie niepospiesznie,
jednocześnie z oddechem tak donośnym,
że z lekkością czułam go na plecach.
Nie wiem, jaka siła była na tyle mocna,
żeby utrzymać go utrzymać w tym suspiensie wchodzenia.
Mój ulubiony gość.
Uprzejmie zaprosiłam go głębiej swoim ślicznym wypięciem i przytakującym pomrukiem. Rozgościł się na dobre, a swoją obecnością sprawił, że było po prostu przyjemniej.
Nie pytał co może, jedynie czuł się jak u siebie. To było miłe z jego strony.