Kiedy stawiam stopy na ziemi czuję je z dokładnością mikroskopu, a przy tym mam poczucie jakbym unosiła się 5 cm nad ziemią, leciutko, z gracją. Niczego nie dotykam, jedynie powietrza. Słonko świeci, ptaki śpiewają. Życie unosi nad ziemią, dodaje skrzydeł, a do tego muzyka leci gdzieś daleko w tle. Piękny dzień, piękny wieczór, tak zakładałam, bo mam te dni, w które strasznie chce mi się ruchać, a jak mi się chce za bardzo, to robię się nieznośna. Tak było i tym razem. Kiedy przyszła pora spać, ja i moja zmysłowa pułapka w postaci nowej bielizny, byłyśmy gotowe na uwiedzenie mojego M. Byłam tak naelektryzowana seksem, że wystarczyło jedno spojrzenie, żeby myślami wylądował głęboko we mnie. Onieśmielony, instynktownie zaczął skracać dystans między nami. Lubię ten moment, kiedy niegrzecznie staje na granicy mojego komfortu i nieposzanowania. Czekający na moją najdrobniejszą reakcję, gotujący się od swoich pomysłów na to, jak mógłby mnie zbałamucić. Wyczulony, jak drapieżne zwierzę.