Ale próbowałem przeczytać! Nie pamiętam już tytułu, bo to dawno było, ale coś pani noblistki zacząłem czytać. I to była dla mnie męka. Gdybym nie miał niczego innego pod ręką pewnie bym to skończył, ale na szczęście na półce miałem inne nieprzeczytane książki, więc wypociny pani noblistki mogłem cisnąć w kąt. Ale jestem w doborowym towarzystwie, bo sam mistrz Lem jak widać miał podobnie. Poza tym znam niektóre wypowiedzi pani noblistki i to się włos na głowie jeży jakie ona brednie głosi. No kurwa, ona dostała Nobla i to powinno jednak zobowiązywać do trzymania pewnego poziomu. A ta bredzi o polskiej kolonizacji Ukrainy. Przecież to trzeba kompletnie nie znać historii własnego kraju żeby takie bzdury wygłaszać. Albo jak to kolorowi imigranci ubogacają Szwecję. Niech ona sobie lepiej poczyta Pilipiuka. On w młodości z ojcem przejechał niemal całą Szwecję. I wrócił tam ostatnio po jakichś 30 latach. I jego "Raport z Północy" można streścić jednym zdaniem: Tamtej Szwecji już nie ma, a nie ma jej właśnie z powodu migrantów. I co Ty Kobieto masz z tą Piaa? Ona czyta różne książki i ogląda różne filmy, wczoraj też oglądała i ja nie śmiałbym jej z tego powodu czynić jakichś wyrzutów. To ona mi chyba też nie urządzi karczemnej awantury tylko dlatego, że nie wielbię twórczości Tokarczukowej i Hollandowej. Zna mnie i chyba wie jaki jestem. Ona na szczęście nie jest jak ten profesor, nie pamiętam już jego ksywki, który u Gombrowicza na siłę wciskał Gałkiewiczowi, że Slowacki wielkim poetą był i wieszczem też był i na pewno zjebki bym od niej nie dostał tylko dlatego, że uważam, że Słowacki może i wielki był, ale Tokarczukowa o wielkość to nawet się nie otarła, a wręcz przeciwnie...
Też się Piaa dziwię, ale wydaje mi się, co może być Mira dla Ciebie szokiem, że ona po prostu lubi ludzi. Także tych, którzy w wielu aspektach się od niej różnią. Dasz wiarę Mira? Naprawdę są tacy, którzy lubią ludzi. I ja mam to wielkie szczęście, że ona mnie też chyba trochę lubi. A co do Dicka to chyba się mylisz. Bo to, że on nie wierzył w istnienia Lema nie oznaczało, że on deprecjonował jego twórczość. Wręcz przeciwnie, miał o niej tak dobre zdanie, że uważał, że jeden człowiek nie mógł napisać tylu dobrych rzeczy i Lem to zbiorowy pseudonim kilku autorów. Coś jak w Klosie, gdy okazało się, że mityczny Wolf to w istocie czterech oficerowie, których nazwiska zaczynały się na litery "W", "O", "L" i "F". Przynajmniej jak gdzieś trafiłem na takie wytłumaczenie tej niewiary Dicka w istnienie Lema...
Heh, a z tym zatrzymaniem się na "Limes inferior" to nawet trafiłaś. Bo jakiś czas temu poprzez Allegro i OLX skompletowałem sobie prawie całą twórczość Zajdla. Nie mam jedynie jego "Cylindra van Troffa". I żona jak to zobaczyła to uśmiechając się powiedziała mi, że cofam się w rozwoju. A ja jej na to, że nie, że raczej wracam do korzeni. I faktycznie jak się dzisiaj czyta Zajdla to to może i trochę trąci myszką, ale uwielbiam jego twórczość. I widać różnicę między nim, a Lemem. Lem bawił się slowem. Te jego neologizmy, wymyślanie nowych słów, rozbudowane opisy, no bawił się słowem. A u Zajdla widać taką precyzję wyrażania myśli, bez zbędnych ozdobników, to jest piękna polszczyzna, ale taka oszczędna w formie. I odpowiada mi styl obydwu. Pewnie dlatego, że oprócz formy jest u nich również treść...
I powiem Ci Mira, że zaskoczyłaś mnie. Ja to myślałem, że Ty to mi możesz podnieść ciśnienie czy mnie wkurwić, ale nie spodziewałem się, że zdołasz mnie również rozbawić. A udało Ci się z Piaa. I jak ją spotkam na Pyrkonie czy przy innej okazji to też jej przemówie do rozumu. Bo z kim ona utrzymuje towarzyskie kontakty? No z każdym, ale nie ze Sneerem! Bo on nie wielbi Tokarczukowej, głosuje na PiS, uznaje tylko dwie płci, ceni Dmowskiego i jest za rozdziałem państwa i tęczy. A fe, faszysta jeden! I żeby on chociaż był normalny w sferze seksualnej. Ale gdzie tam, jego nie interesują te wszystkie cuckoldy, gank- banki i inne anale i chociaż on w młodości naobracał się trochę tych dziewczyn, to już od dawna bzyka tylko żonę i jeszcze ma słabość do pończoch i rajstop. A to zboczeniec! Epstein przy nim to był aniołkiem. Ja jej powiem, że Mira to jest zniesmaczona tą znajomością i w ogóle utrzymywanie jakichkolwiek kontaktów ze Sneerem to upadła kobietę. Tak jej powiem, niech ona wie co kurwidolkowa śmietanka towarzyska myśli o jej kontaktach. I doceń to, że ja Tobie odpisuję o 3 w nocy, bo o tej porze jeszcze chyba nikomu nie odpisywałem. Ale zbulwersowało mnie to upadlające zachowanie Piaa i odpisałem. Zaczynam dzisiaj nocki i zamiast w pracy spać to ja Tobie odpisuje. No ale zaniepokojony jestem tą beztroską i nieodpowiedzialnością Piaa. Ja jej swoje powiem, ale nie wiem czy to coś da, więc Ty również z nią pogadaj. Bo nie wiem dlaczego, ale ona Ciebie bardzo ceni. Nieraz musiałem wysłuchiwać ochów i achów pod Twoim adresem, że jaka to ta Mira nie jest. Dlatego pogadaj z nią, mnie może nie wysłuchać, ale Twoje słowa na pewno sobie weźmie do serca. I to by było na tyle. Nara!
I zrób porządek z tą Justynką. Bo za 20 czy 30 lat być może skorzystam z jej usług, ale póki co to nie zanierzam za to płacić, nawet 30 złotych...
Mirko, czy Ty aby na pewno chciałaś o oscarach i filmie pogadać? Piszesz do nas PiSdzielców, że wątpisz w to byśmy oglądali jakiś tam film, czy też galę oscarową, a pytasz nasz - jak po Oscarach? A może Ty po prostu w tym tekście ukryłaś informację dla Sneera - uważaj Sneer, bo wiem o tobie wszystko. Kilka dni temu napisałaś o jego Ojcu kolejarzu, dzisiaj o żonie pracującej w przychodni. Jutro pewnie o synu, w jakiej szkole się uczy... Mirko, o ile chciałabyś wiedzieć coś o mnie, to pisz bezpośrednio do mnie. Nie trudź się zdobywaniem informacji o mnie, niczym dziennikarze śledczy TVN, którzy to zbierali haki na Prezydenta Karola Nawrockiego. Ja Tobie po prostu napiszę jak czegoś nie wiesz, a chciałabyś wiedzieć.
Coś lipne masz Mira to źródło informacji. Bo voucher dostaliśmy od kogoś z rodziny na święta, a z jakąś przychodnią żona nie ma nic wspólnego, ona jest kierownikiem w pewnej instytucji sfery budżetowej. Chociaż nie, coś jednak ma wspólnego z przychodnią, bo ostatnio do jednej chciała mnie wysłać. Żona uważa, że jesteśmy w takim wieku, że powinniśmy zadbać o zdrowie i zapisała mnie do pewnej przychodni na jakieś kontrolne badania. A ja z kolei uważam, że do lekarza to się idzie jak coś boli, coś dolega, a nie z nudów lub dlatego, że dawno nie byłem. Ale dla żony bym się przemógł i bym poszedł. Tylko zobaczyłem jakie tam m.in. będą badania i powiedziałem: Co? To ja Tobie nie pozwalam się tam dotykać, a jakiś facet, co prawda lekarz, ale jednak facet ma mi w dupie grzebać? To byłoby naruszenie mojej godności i wykluczone, mowy nie ma! Bo ona nie chciałaby zostać wdową. Spokojnie, to Ci nie grozi i jeszcze trochę się ze sobą pomęczymy. Termin minął, badań nie zrobiłem, jeszcze żyję i nawet mam się dobrze. I tyle nas łączy z przychodnią. A oscarowa gala? Kompletnie mnie takie wydarzenie nie interesuje. Ja mogę sprawdzić po fakcie kto tam dostał jaką nagrodę, ale sama gala to dla mnie targowisko próżności. Bo ta wystąpiła w takiej kiecce, a ta w takiej fryzurze, tamta była bez majtek, a jeszcze inna pokazała się z cyckami na wierzchu. Takie coś ma mnie interesować? No proszę Cie Mira. Zresztą podobnie mam z jakimiś ceremoniami otwarcia czy zamknięcia igrzysk olimpijskich czy Mundialu. Mnie interesuje sama rywalizacja sportowa, a nie jakieś zamknięcia czy otwarcia. I podobnie z Oscarami...
Zanim odbyła się ta gala z Oscarami, to oglądałam polską galę wręczenia Orłów. Ponoć jedni uważają ją za coś podobnego, jak ta amerykańska. Oglądałam i nie wierzyłam swoim oczom. Sama nie wiem jak dotrwałam do końca tego żenującego spektaklu. Najbardziej jednak żenującym, przekraczającym wszystkie granice, był prowadzący. Andrzej Konopka. Występował jakby w dwóch wersjach, więc co rusz się przebierał. Jego niby żarty, wywoływały śmiech na sali, w liczbie kilku osób, a i ci robili to raczej z grzeczności, niż z dobrego humoru. Gwoździem do medialnej trumny, było jednak zestawienie Zanussiego i Grzegorza Brauna na równi jako tych co to najbardziej namieszali w umysłach Polaków. No mina Zanussiego była bezcenna! Co do samych filmów. Było ich chyba z 5 czy 6 i wszystkie zgarniały nagrody wzajemnie. Jak jeden z reżyserię, to drugi za scenariusz i tak we wszystkich kategoriach. Wystarczy więc nakręcić ze 3 filmy i "Orzeł" zapewniony. Podsumowując...klapa totalna, niczym wybór tych baranów, siedzących w rządzie...tfu rzędzie na widowni...
W moim wieku to już można zejść na wszystko. I co, mam biegać od lekarza do lekarza? A pierdole to, wolę po prostu żyć, cieszyć się życiem. A jeśli się mylę? No to trudno, wolę odejść z godnością niż walczyć o każdy dzień poddając się upokarzającym dla mnie badaniom. Takie mam do tego podejście. A wiecie, gdzie ostatnio zetknąłem się z Leszkiem Lichota? Przy zwiedzaniu Zamku Książ. Dostaliśmy zestaw słuchawkowy i tam usłyszałem głos właśnie Leszka, który opowiadał o losach księżnej Daisy. Pomyślałem sobie, że licho muszą być wynagradzani ci aktorzy, że muszą się podejmować takich chałtur. Ale lubię aktorstwo Lichoty, a i tembr głosu ma całkiem przyjemny...
Tak, te Promnice warto zobaczyć z tym, że obecnie zwiedzanie chyba nie jest możliwe z powodu prac renowacyjnych. Tylko razi mnie ta nazwa. Bo ten budynek określa się mianem zamku czy zameczku w Promnicach. Zamek to budowla, która pierwotnie miała charakter obronny, warowny. Był położony w strategicznym miejscu, miał mury, baszty, inne fortyfikacje, czasami fosę. A zameczek to po prostu mały zamek. Natomiast mniej lub bardziej luksusowa rezydencja to pałac czy pałacyk jeśli jest mniejszej kubatury. I to co się znajduje w Promnicach jest dla mnie pałacykiem myśliwskim, a nie żadnym zamkiem czy nawet zameczkiem. Ale zobaczyć oczywiście warto...
No to w weekend znowu do kina! Będąc na "Pojedynku" widziałem zapowiedź "Projektu Hail Mary" i od razu powiedziałem żonie, że to koniecznie trzeba obejrzeć. Ale sądziłem, że film pojawi się w kinach za pół roku czy kilka miesięcy, a sprawdzam w necie i to będzie już teraz. Książka jest bardzo dobra, to porządna dawka science- fiction w klasycznym wydaniu czyli podróż międzygwiezdna i spotkanie z inną formą życia. Jej autor, Andy Weir, razem z Chińczykiem Cixin Liu to dla mnie takie dwie wschodzące gwiazdy światowej fantastyki. I Weir to może jeszcze nie jest poziom Lema czy Dicka, ale jego książki są naprawdę dobre. I podczas lektury staram się wychwycić jakieś nieścisłości czy błędy naukowe i u Weira jest tego niewiele. W jego "Marsjaninie" to była ta burza piaskowa na samym początku, ale ona była potrzebna autorowi do tej całej późniejszej dramaturgii, a potem to już właściwie nie znalazłem niczego do czego mógłbym się przyczepić. W "Projekcie Hail Mary" pamiętam, że na kilka detali również zwróciłem uwagę, ale nie potrafię sobie już przypomnieć o co dokładnie chodziło. I w "Marsjaninie" zagrał, zresztą świetnie, Matt Damon i jego również wyobrażałem sobie jako głównego bohatera "Projektu...". Tymczasem okazuje się, że Rylanda zagra Ryan Gosling i to może być jeszcze lepszy wybór od Damona. Bo Armstronga zagrał bardzo dobrze, poza tym lubię tego aktora. I to nawet nie za "Blade Runnera", albo nie tylko za tę rolę. Bo kojarzę go choćby z "Pamiętnika" i szczególnie ze "Słabego punktu", gdzie zagrał z samym Anthonym Hopkinsem i wcale nie dał się przyćmić temu geniuszowi kina. W każdym razie w weekend koniecznie muszę odwiedzić przybytek dziesiątej muzy, bo jak te 3 lata temu czytałem "Projekt Hail Mary" to rozmarzyłem się wtedy, że dobrze byłoby to kiedyś zobaczyć na dużym ekranie. No to się doczekałem...
Mirko...a gdzie można obejrzeć ten film - Jedna bitwa pod drugiej? Tylko w kinie, czy tez na jakiejś platformie?
Mirko, fajnie, że mi streściłaś ten film. Przyznam jednak szczerze, że trochę jestem zakłopotana. Po prostu nie potrafię już wyłapać, kiedy streszczasz mi jakiś film, czy też książkę, a kiedy sarkastycznie wplatasz w swoją opowieść wątek polityczno - zbiornikowy. Jestem daleka od tego, by Ci zwracać uwagę, lub przypominać, że to dział o Teatrze, wydarzeniach kulturalnych, ale tak jestem nastawiona na odbiór różnego rodzaju wypowiedzi tutaj. Co do filmu, to już dawno o nim słyszałam, i szukałam na platformach, ale nie znalazłam, stąd było moje pytanie wcześniejsze. Film pewnie super, więc wręcz muszę go obejrzeć. Tylko gdzie?
Mirko, pytasz co bym powiedziała słuchając Twoich spotkań autorskich? Zaproś mnie na takie spotkanie, a się dowiesz co bym powiedziała. No i nigdzie nie napisałam, byś skończyła! Mam nadzieję więc, że tylko mnie źle zrozumiałaś!
No to obejrzałem sobie ten film i choć mam kilka krytycznych uwag oraz czuję pewien niedosyt, to generalnie wrażenia mam pozytywne i film mi się podobał. Samotny bohater ma uratować świat. Problem w tym, że on sam o tym nie wie. Autor zdzielił go w łeb amnezją i po wybudzeniu ze śpiączki on niczego nie pamięta. Ani jak się nazywa, ani czym się zajmuje, ani gdzie jest i jakie ma zadanie do wykonania. Po przeprowadzeniu prostego doświadczenia on ze zdumieniem stwierdza, że nie znajduje się na Ziemi. I tu pierwszy zgrzyt podczas seansu, bo tej sceny w filmie nie ma. Zresztą reżyser czy scenarzysta wycięli z oryginału dużo więcej i to mój największy zarzut wobec twórców filmu. Dobre science- fiction powinno zawierać oba te elementy i w książce ku mojej uciesze "science" było bardzo dużo i ja z ciekawością czytałem te opisy techniczne, fizyczne, biologiczne czy chemiczne. Spotkałem się z zarzutem, że było tego za dużo, ale jeśli ktoś tak uważa to powinien przerzucić się na harlekiny, literaturę kobiecą lub twórczość Coelho, bo najwyraźniej fantastyka jest nie dla niego. W filmie te rozważania naukowo- techniczne niestety wycięto, ale najwyraźniej twórcy uznali, że jeśli film ma być kinowym hitem i trafić do szerokiego grona odbiorców, a nie jedynie do wąskiej grupy fanów science- fiction to nie ma co męczyć widza takimi kwestiami. Ale po co w ogóle potrzeba ratowania świata? Otóż w przestrzeni kosmicznej pojawiły się mikroorganizmy, które pożerają energię słoneczną żywiąc się nią. To podstępny wróg, którego nie da się zastraszyć, przekupić czy z nim negocjować. Pokonać może go tylko ludzka pomysłowość i nauka. Ale pojawia się światełko w tunelu. A właściwie światło. Światło jednej z pobliskich gwiazd, Tau Ceti. I tu zdradzę Wam pewien sekret. Kiedyś będąc młodym człowiekiem napisałem sobie takie opowiadania, którego osią była właśnie wyprawa kosmiczna do układu Tau Ceti. Ten pożółkły już ze starości zeszyt trafił gdzieś na dno szuflady z innymi szpargałami, bo szybko doszedłem do wniosku, że ludzie dzielą się na dwie kategorie. Na nieliczną grupę tych, którzy piszą książki science- fiction i całą resztę tych, którzy powinni ograniczyć się wyłącznie do czytania takiej literatury. I ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy. Ale sentyment do Tau Ceti mi pozostał. I te poszukiwania ekosfery są obarczone taką niepewnością, że jest to właściwie wróżenie z fusów, więc jeśli słyszycie, że gdzieś tam wykryto planetę, na której mogą istnieć warunki zbliżone do ziemskich lub przeciwnie i taką ewentualność wykluczono to wiedzcie, że jest to oparte na tak wątłych podstawach, że jest to właśnie wróżeniem z fusów. Tau Ceti ma widmo podobne do naszego Słońca, świeci światłem o podobnym spektrum i całkiem możliwe, że posiada układ planetarny, więc wcale nie jest wykluczone, że jeśli kiedyś, za tysiące czy miliony lat, przyjdzie ludziom opuścić naszą piękną planetę, to naszym nowym domem będzie właśnie układ Tau Ceti. Ale koniec dygresji i wracamy do filmu...
Zainfekowane zostało nie tylko nasze Słońce, ale również wszystkie okoliczne gwiazdy. Z jednym wyjątkiem, bo właśnie Tau Ceti okazuje się odporne na działanie mikroorganizmów. Dlatego trzeba się tam udać i zbadać co sprawia, że Tau Ceti jest bezpieczna i odporna na działanie mikroorganizmów zwanych astrofagami. W książce jest dość dokładnie opisane jak pozyskać odpowiednią ilość astrofagów i jak wykorzystać je do napędu statku. W filmie ta kwestia nie jest wcale lub prawie wcale poruszona. W każdym razie bohater dociera do celu wyprawy i wtedy okazuje się, że nie jest tam sam. Pojawia się Rocky i właściwie kradnie całe show. Można się czepiać tego sposobu ich porozumiewania, razić może pewna infantylność ich rozmów, przeszkadzać może antropomorfizm, bo choć Rocky bardzo różni się fizycznie czy fizjologicznie, to w sferze psychicznej jest bardzo ludzki. Ale te wszystkie zastrzeżenia schodzą na dalszy plan, bo jest coś urzekającego i wzruszającego w ich relacji. Dzieli ich niemal wszystko, a jednak łączy ich tak wiele. To nie tylko opowieść o ratowaniu świata, ale również o zaufaniu, współpracy, przekraczaniu barier. A potem następuje kolejny zgrzyt. Bo bohater staje przed dylematem i to takim, który może przyprawić o szaleństwo czy obłęd. Albo wróci do domu, na Ziemię, skazując tym samym na śmierć swojego przyjaciela i prawdopodobnie cały jego świat, albo ruszy mu na ratunek skazując siebie na dożywotnią banicję, wygnanie i perspektywę, że już nigdy nie wróci na Ziemię, nie zobaczy ludzi. Jakąś decyzję musi podjąć, ale każda niesie z sobą ogrom negatywnych konsekwencji. I bohater nie ma żadnych rozterek, wahań, wątpliwości, działa jak robot, jak automat i po prostu podejmuje decyzję...
Zakończenie też może nieco nazbyt cukierkowe, ale skoro tak kończy się również książka, bo Andy Weir lubi takie ckliwe zakończenia, to i twórcy filmu również tak go zakończyli. Ja widząc końcową scenę pomyślałem o tym powiedzeniu, że musiało się zmienić tak wiele żeby nic się nie zmieniło. Bo bohater będący nauczycielem w liceum odbywa podróż kosmiczną, dociera do innego układu gwiezdnego, ratuje Ziemię, poznaje inną istotę inteligentną, by na końcu znowu zostać nauczycielem, tyle tylko, że tym razem jego uczniami nie są dzieci na Ziemi, a młodzi mieszkańcy odległej planety. Ryan Gosling był świetny, klasa sama w sobie, ale to nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem. Ja zwróciłem również uwagę na Sandrę Huller. Ta pani ma, że tak to ujmę, typowo niemiecką urodę i zagrała postać, której nie sposób polubić. Bo ona dostała ogromną władzę i tylko jedno zadanie do zrealizowania, więc musiała odłożyć na bok sentymenty, moralność i inne uczucia i po prostu zrobić wszystko żeby uratować świat. Taka rola zimnej, nieczułej suki. A jednak odniosłem wrażenie, że Sandra Huller swoją grą nieco ociepliła tę postać. Ścieżka dżwiękowa całkiem przyjemna, taka budująca napięcie, a zarazem nie przytłaczająca. Warto zapamiętać nazwisko jej twórcy, Daniela Pembertona. Zdjęcia i kadry momentami wręcz świetne i oddające kontrast między klaustrofobicznym wnętrzem statku, a bezkresnym kosmosem to dzieło Greiga Frasera, który już wcześniej za "Diunę" zgarnął Oskara. To wszystko sprawia, że film jest naprawdę dobry. Może to nie jest arcydzieło na miarę "Odysei.." Kubricka, "Interstellaru" Nolana czy "Kontaktu" Zemeckisa, ale to kawał dobrego, porządnego kina s-f. Polecam!
Sneer...Ty chyba mógłbyś książki pisać.:)
Ja z kolei w końcu znalazłam film "Jedna bitwa po drugiej". Okazało się, że nie dość, że był wyświetlany wczoraj na kanale HBO 3 w canal +, to ja oglądałam go na platformie HBO MAX. Nie wiem jaką wersję wyświetlano na HBO 3, ale ta wersja, która jest dostępna na HBO MAX, dla mnie nie jest do zaakceptowania. Powiem krótko - jak można spierdolić taki film, polskim dubbingiem. No masakra! Po 15 minutach wyłączyłam i postanowiłam czekać na wersję oryginalną, z polskim lektorem. Byłabym w szczęśliwą osobą, gdyby tym lektorem był Piotr Borowiec! Nie będzie on, będę też oglądać, ale nigdy już z polskim dubbingiem!
To powiem Ci Irko, że ten "Projekt Hail Mary" był z napisami. I pierwsza myśl to była taka, że szkoda, że napisy i chyba sobie odpuszczę i poczekam na jakąś wersję z lektorem. Ale szybko uznałem, że w kinie te napisy aż tak nie przeszkadzają, bo tam są one wyraźne i nie ma tam tych wszystkich rozpraszaczy, które pojawiają się, gdy ogląda się film w domu, na Netfliksie. Za to napisy mają ten duży plus, że słychać autentyczny głos aktora, można wyczuć jego emocje. I nie żałuję, że wybrałem się na film z napisami, bo wcale mi one nie przeszkadzały. Za to może nie tyle przeszkadza, co dziwi mnie ta maniera jedzenia w kinie. Co to oni nie mogą się nażreć przed lub po seansie? Mnie też czasami żona pyta czy chcę coś do jedzenia i jej odpowiadam, że gdybym chciał to bym ją zabrał do restauracji, a nie do kina, a w kinie to chcę obejrzeć film. Widzę tych ludzi z tymi wielkimi pudłami jakichś czipsów czy prażonej kukurydzy czy innego śmieciowego żarcia, do tego dwulitrowa cola i potem zdziwieni, że im dupy rosną, a na sali potem słychać chrząkanie, mlaskanie itp. odgłosy. Tak samo nie toleruję jedzenia w samochodzie. A moja mama to uwielbia. Jedziemy do Krakowa, to jest jakieś 4 godziny jazdy i przecież po drodze się zatrzymam na jakiś postój, więc spokojnie można wytrzymać bez jedzenia w samochodzie, bo potem pełno jakichś okruszków, papierków. A ledwo wyjedziemy to słyszę: a może jesteś głodny? a może byś coś zjadł? a może cukierka? a może ciasteczko? a może kanapkę? a może coś jeszcze? Kiedyś opuściłem szybę i cukierek poleciał przez okno i mówię: Mamo, u mnie w samochodzie się nie je, chcesz to się zatrzymam i wtedy się najedzcie, ale tak żeby już do samego Krakowa Wam starczyło i żebym za chwilę znowu tego nie słyszał, bo ja odżywiam się umiarkowanie i racjonalnie i jak trzeba to spokojnie wytrzymam kilka godzin bez jedzenia. Nie rozumiem co to za moda na jedzenie w kinie, co to dwóch godzin nie można wytrzymać bez przeżuwania?
Tak, to racja z tym żarciem w kinie. Tak samo jak w samochodzie. Ledwo się człowiek ruszy z miejsca, to już nagle zaczynają wyciągać pakunki z toreb, by coś zjeść. No masakra!
Mirko...dziękuję za polecenie. Na pewno obejrzę i wtedy się odniosę do tego. Gdzieś słyszałam o tym Pragnieniu, no ale teraz to już na bank muszę poszukać go na Netflixie. jeszcze raz Dziękuję pięknie.
Właśnie coś chyba źle zrozumiałam. Ale już znalazłam ten serial i jestem po 1 odcinku. Zapowiada się na bardzo długą noc u mnie. Harry Hole będzie mi towarzyszył.
Masz rację Mirko! Harry Hole zostanie pewnie na dłużej ze mną. To jest strzał w 10 ten serial. Niestety noc ma swoje prawa i wczoraj obejrzałam tylko pierwsze 3 odcinki. Dzisiaj będzie ciąg dalszy. A w Oslo to będę jak...napiszesz znowu moje imię na jakiejś kartce, lub ścianie - Irka tutaj była. Rzeźby przewijają się w serialu. Od razu pomyślałam o Tobie. Nie wyobrażam sobie, bym kiedyś nie zobaczyła Twoich zdjęć, właśnie tych rzeźb, lub tych miejsc, które można zobaczyć w tym serialu...
Mirko..przyznam szczerze, że musiałam niektóre odcinki oglądać 2 razy. Serial bardzo dobry, ale trzeba naprawdę go oglądać w skupieniu i wytężać myśli, by nadążyć za fabułą. Z jednej strony morderca, którego Hole tropi, a z drugiej strony kolega po fachu i tajemnicza grupa, która wymierza sprawiedliwość na zasadach - Jeńców nie bierzemy. Jak dla mnie troszkę ciężki ten serial, ale przykuwa uwagę od początku do końca. Niestety nie potrafię odpowiedzieć na Twoje pytanie, o Hole. Może coś przegapiłam, coś mi umknęło, więc czekam na Twoje wyjaśnienie...
O Tak! Wciąga i to mocno. Hole mnie osobiście bardzo przypominał Jamesa Bonda, którego rolę odgrywał Daniel Craig. W pewnych momentach widziałam właśnie Craiga, tak był podobny. Mirko..Ty jesteś wielką znawczynią kina i różnych adaptacji filmowych, różnych książek. Widzisz o wiele więcej niż zwykły widz. Poza tym masz coś co pewnie ma tylko kilka ludzi na świecie, o ile w ogóle ma! Masz pasje jeżdżenia śladami wielu postaci, i ich miejsc. Tego nie da się z niczym porównać. Mnie nawet nasuwa się określenie Ciebie pod tym względem - Ty jesteś po prostu zboczona! Ileż ja bym dała za takie zboczenie.....
A ja tam się w Lisbeth nie zakochałem. Aspołeczna, agresywna, z męczącym sposobem bycia oraz z wątpliwym kodeksem moralnym- to kim tu się zachwycać? Do tego jeszcze jej tatuaże. Ja wychowałem się w czasach, gdy dziara kojarzyła się wyłącznie z klimatem więziennym i o ile u facetów mi to aż tak nie przeszkadza, bo sporo znajomych je ma, to u kobiet mnie to po prostu razi, bo to je szpeci. Nie skreślam takiej kobiety, bo może jest wartościową osobą, ale już na wstępie ma u mnie minusa za takie samooszpecenie. Ale sama książka jest bardzo dobra. Z rozbudowaną, wielowątkową fabułą oraz wyrazistymi postaciami. Dlaczego tylko bardzo dobra, a nie świetna? Bo jej autor miał skrajnie lewicowe poglądy i to niestety dało się zauważyć podczas lektury. Ta cała rodzina Vangerów była nieźle stuknięta. A jej męscy przedstawiciele to zbiorowisko przeróżnych świrów, bo mamy tam nazistów, sadystów, psychopatów, pedofili itd. Czytając tę książkę momentami czułem się jak męska, szowinistyczna świnia, bo przecież też jestem facetem. Hello! No chyba aż tak źle z nami mężczyznami jeszcze nie jest i tacy jesteśmy właśnie wyłącznie w mokrych snach różnej maści lewaków czy feministek. Ale poza tym drobnym mankamentem książkę czytało się znakomicie i to co dla niektórych jest wadą, czyli te ponad 600 stron, dla mnie było zaletą, bo pamiętam, że trzy czy cztery noce zarwałem, tak mnie ta historia wciągnęła...
W pierwszej części uprzedmiotowić kobiety, w kolejnej wyrażać nadzieję, że nie jest tak źle z mężczyznami. Sneer - jest źle. Z Tobą jest źle. Jeśli tego nie rozumiesz, to przeczytaj swoją wypowiedź jeszcze z 50 razy, poproś mądrzejszych od Ciebie, żeby go przeczytali i spróbowali wytłumaczyć. Nie proś lewakow, rozgarnięty prawak też podoła.
Bez obaw - ten zespół objawów jest niemożliwy do powstrzymania….40 lat chodzić w kółko po pustyni, licząc na na to, że wymian pokoleń w warunkach nomadycznych przyniesie poprawę. - może to miałoby sens
Mirko..a czyją to ja jestem koleżanką tutaj? Bo dla Sneera z pewnością nie. Zresztą tak samo jak on dla mnie, nie jest kolegą!
Mirko...nie takie było moje pytanie! Chodzi mi o relacje...Kolegów, i koleżanek mogę mieć tutaj setki tysięcy. Ludzi bliskich mnie, kilkoro...
No tak. Ależ ja naiwna jestem...
Nie trzeba mieć takiego światopoglądu, ale wypadałoby zachować pewien umiar w przedstawianiu danej grupy. A w tej rodzince poza tym starszym panem, który był wujem tej zaginionej to właściwie wszyscy inni to pojeby i zwyrodnialcy. Te akcenty można było jednak rozłożyć inaczej i uważam, że autor tego nie zrobił właśnie ze względu na swoje poglądy. Zobacz sobie na takiego Zafona, jego "Cień wiatru" to moim zdaniem arcydzieło światowej literatury. I tam jest niemało akcentów antyfrankistowskich i chociaż uważam generała Franco za zbawcę Hiszpanii to te akcenty mi nie przeszkadzały, bo były właśnie tak rozłożone, że nie wpływały znacząco na odbiór tego dzieła. A u Larssona jak pojawia się facet to można się spodziewać, że to jakiś wyjątkowy skurwiel. I pojawił się nieśmiertelny wątek pończoch zatem trzeba kończyć. To na zakończenie dodam, ze moim skromnym zdaniem kobiecą nogę o wiele lepiej od tatuażu zdobi pończocha. Ale co ja tam mogę wiedzieć, ja to zboczony jestem. I do tego facet! Aha i tyle wart jest Nobel. Nie otrzymał go Zafon za to dostał go Bolek Wałęsa...
Genezypkapen, kim Ty jesteś żeby mnie pouczać? Czy ja Tobie piszę, że z Tobą jest dobrze lub źle? Nie, bo gówno mnie obchodzi stan jakiegoś randomowego profilu. Dlatego weź Ty się chłopie ode mnie odpierdol. Inna sytuacja jest z Mirą, bo z różnych powodów jej połajanki staram się znosić ze stoickim spokojem...
A jakbyś pisał te swoje bzdury w prywatnych wiadomościach, to szczęśliwie nikt niepowołany nie miałby do nich dostępu. Wówczas nawet chętnie bym się odpierdolił. A publicznie w miejscu otwartym ryzykujesz, że od czasu do czasu się komuś przeleje. I nie martw się - nie chodzi o Ciebie, jesteś całkowicie nieinteresujący. Chodzi wyłącznie o to, żeby Twoje bzdury nie pozostawały bez komentarza.
Ocena czyjegoś postu, jest wyłącznie indywidualną sprawą oceniającego. Niekoniecznie człowieka inteligentnego!
Problem z tą całą lewacką hołotą, której Ty jesteś, zresztą bardzo typowym, przedstawicielem polega na tym, że Wy nie potraficie komentować. Jest ze mną źle, bardzo źle, wręcz tragicznie ze mną jest. A dlaczego? A to już przeczytaj sobie 50 razy, albo spytaj innych. Wyjątki owszem się zdarzają, ale są tak rzadkie jak kolibry na Syberii. Była tu kiedyś pewna pani, Piaa i choć miała lewicowy światopogląd to prezentowała go z takim wdziękiem, że gdyby wszyscy lewacy tacy byli to nie wiem czy sam bym się na to nie nawrócił. Ale ona była jak czterolistna koniczyna, jedna na milion. A cała reszta to właśnie takie kmiotki jak Ty, z którymi rozmowa ma bardzo podobny schemat: ja jeśli uważam, że w tej czy tamtej bohaterce można lub nie można się zakochać to mógłbym o tym napisać elaborat, a lewak jeśli ma odmienne zdanie to niestety mi tego nie uzasadni, nie spróbuje mnie przekonać, że jednak można się zakochać tylko stwierdzi, że jest źle, bardzo źle, ale dlaczego jest źle to już się sam domyśl, albo spytaj innych. Ale to już Stanisław Lec zauważył, że choćbyś krowie dał kakao to nie wydoisz czekolady. To i czego się spodziewać po kimś takim jak Ty...
Czyli Ty naprawdę nie rozumisz własnego wpisu i potrzebujesz wyjaśnienia, w którym miejscu uprzedmiotawiasz kobiety?
O, blisko, coraz bliżej! Twierdzenie, że uprzedmiotawiam kobiety to dla mnie jakaś wierutna bzdura i nie, ja nie potrzebuję wyjaśnienia. Choć właśnie na tym, na udzieleniu takiego wyjaśnienia moim zdaniem polega umiejętność prowadzenia dialogu. Tylko bądźmy szczerzy, kto to dzisiaj potrafi? Żyjemy w takich nędznych czasach, gdy wszystko ulega spłyceniu. I relacje, i rozmowy, i wszystko inne. Zresztą przykład idzie z góry, bo wystarczy włączyć telewizor i co tam mamy? Nie podoba ci się pomysł zadłużania naszych dzieci i wnuków? To jesteś zakutym łbem! Nie podoba ci się coś innego? Ma się podobać, bo jak nie to jesteś agentem Putina! To rodzaj techniki komunikacyjnej polegającej na przyklejaniu etykiet. Ten jest alfonsem, ćpunem i złodziejem kawalerek, a tamten jest kurduplem, ma łupież, mlaska i do tego jest pedałem. Tutaj mistrzowski level w stosowaniu tej manipulacyjnej techniki osiągnęła nasza sympatyczna koleżanka Milfuria. Z tym, że o ile w debacie publicznej stosowanie tej metody można zrozumieć (co nie znaczy zaakceptować), bo stawka jest ogromna, jest nią władza, wpływy, wielka kasa i tu wszystkie chwyty są dozwolone, to jaki jest cel używania jej na tym kurwidołku? Leczenie jakichś własnych kompleksów? Upokorzenie znienawidzonego użytkownika? Nie wiem i chyba nawet nie chcę wiedzieć. I co ciekawe te etykiety im bardziej absurdalne tym skuteczniejsze, bo one działają na zasadzie gówna wrzuconego w wentylator, coś tam zawsze się przyklei. Poza tym one mają ten plus, że zwalniają z obowiązku argumentacji, pozwalają na uniknięcie merytorycznej polemiki i zastępują je emocjami i to tymi najpodlejszego sortu. Bo o czym tu rozmawiać z alfonsem i ćpunem lub namiastką faceta izolowanego przez brata i do tego jeszcze zboczonego na punkcie jakiegoś paska?
I w nawiązaniu do poprzedniego wpisu coś specjalnie dla Miry. Ona jest niezła w tym przyklejaniu etykiet, ale przecież zawsze można być lepszym. Dlatego wrzucam krótki filmik instruktażowy. Dla mnie to maestria i lubię go sobie czasami posłuchać. I nie ma co się oburzać na język. W debacie publicznej on byłby niedopuszczalny, ale to jest sztuka, a ona rządzi się własnymi prawami. Sami rozumiecie, licentia poetica itd. I choć monolog jest o Jaruzelskim, to ja słuchając go mam przed oczyma pewnego rudego politykiera z Sopotu. Autor tego utworu jest anonimowy, choć wiele wskazuje, że był nim sam wielki Jacek Kaczmarski. I taka mała ciekawostka, o której opowiadała kiedyś pani Dałkowska. Otóż wykonujący ten monolog Eligiusz Kamiński znał się dobrze z księdzem Popiełuszko i kiedyś spytał go czy wypada mu wykonywać taki utwór pełen bluzgów. Ksiądz odpowiedział, że po drugiej stronie jest tyle nieprawości, tyle świństw, że on jest rozgrzeszony i spokojnie może ten monolog wykonywać na scenie. A mnie podczas pisania uderzyła jedna rzecz. Bo wymieniłem pięć nazwisk i z wyjątkiem księdza Popiełuszki wszystkie te osoby widziałem przy różnych okazjach i żadnej z nich nie ma już wśród nas. W takich chwilach czuję się staro...
https://youtu.be/dQq6WtmAcNQ?si=LT6n1tVt_n3OvNCO
A te Twoje długie jak litania do wszystkich świętych wynurzenia świadczą niby o umiejętności prowadzenia dialogu?
A to już nie mnie oceniać. I jakie długie? Te kilka na szybko skleconych zdań nazywasz długimi? Ja na szczęście chodziłem do normalnych szkół, gdzie nie uczono edukacji seksualnej, inkluzywnosci, podstaw genderyzmu czy głównych założeń ideologii LGBT. Za to wymagano umiejętności napisania rozprawki na kilka stron A4, a dyskekcja czy inna dysortografia były pojęciami nieznanymi i trzy błędy ortograficzne oznaczały pałę. Do dzisiaj pamiętam jak kiedyś dostałem 5 za treść i 1 za jeden jedyny błąd za to powtórzony wielokrotnie. Wtedy na to psioczylem i pokłóciłem się z panią polonistką, a dzisiaj jestem jej wdzięczny, bo do końca życia będę pamiętał, że Szekspir napisał "Makbeta", a nie "Magbeta"...
Długie
Długie i nie na temat. Dokładnie tak jakbyś chciał udowodnić, że w nieumiejętności prowadzenia dialogu będziesz przodować. Bo dialog nie polega na wykorzystywaniu każdej okazji do wywlekania własnych fiksacji. Ps. A za interpunkcję nie dostawałeś czasem pał ;)
A to już nie do mnie takie sprawy. Bo co ja tu mogę? Tu rządzi Irka z Mirą i do nich pisz petycję. Ze nie da się już czytać tego bełkotu Sneera i proponujesz wprowadzenie dla niego dziennego limitu pisania. W dni powszednie, od poniedziałku do soboty maksymalnie tzy zdania dziennie, a w niedzielę oraz ważne święta państwowe i kościelne limit wzrastalby dwukrotnie, do sześciu zdań. I to powinno ukrócić te jego fiksacje!
A co do interpunkcji to nie przypominam sobie. Chociaż nie, coś może być na rzeczy. Jeśli tej całej interpunkcji nauczali w podstawówce, to pamiętam, że mama była parę razy wzywana do szkoły. Wydawało mi się, że to chodziło o zachowanie, bo gdy inni mieli problemy z pierwiastkami, prawem Kirchoffa, zapamiętaniem trzech dat z historii lub z wymienieniem wszystkich nizin w Polsce, to dla mnie zawsze największym wyzwaniem było to zachowanie, bo balansowałem między nieodpowiednim, a poprawnym. Ale to było prawie 40 lat temu i możliwe, że bez trudu miałem to zachowanie poprawne, a mama była wzywana z powodu mojej skandalicznej interpunkcji. Moglo tak być!
Uznajmy to za jedyny możliwy uzysk i zakończmy ten wątek. Nic się więcej nie wydarzy.
A ja jednak jeszcze wrócę do Harrego. Mirko, z tym Glory hole, w 6 odcinku, to miałaś na myśli scenę z odgryzionym kutasem? Tam też był wadzony kutas w dziurę. Przednia zabawa w miejskich toaletach... A po Twoim naprowadzeniu mnie, już zrozumiałam, dlaczego Jo Nesbo wymyślił Hole. Harry Dziura...wciągająca dziura. Dobrze myślę?
No przecież, że odciętym. Nie mam pojęcia dlaczego napisałam, że odgryzionym.
Rany, Irko, co Wy oglądacie? Odgryzione czy odcięte kutasy? Samo czytanie o tym sprawia ból...
W tym przypadku był odcięty, ale znam epizod z filmu "Skazani na Shawshank", gdzie Andy zagroził odgryzieniem kutasa innemu więźniowi, o ile ten jemu go włoży do ust. To dopiero musiałoby boleć.
Tak, pamiętam tę scenę. To opowiem Ci pewną autentyczną historię. Jest rok 1941, listopad, na południowym odcinku frontu wschodniego w rejonie Rostowa trwają ciężkie walki, w których bierze udział 1 Dywizja Waffen SS, słynna "Leibstandarte" dowodzona przez Seppa Dietricha. Walki są bardzo zacięte i pozycje po kilka razy przechodzą z rąk do rąk. W pewnym momencie Niemcy odbijają, utracone wcześniej pozycje i wtedy znajdują w okopach ciała swoich kolegów. Ciała są potwornie oszpecone i widać, że ci żołnierze byli maltretowani czy torturowani, wielu z nich ma w ustach własne genitalia, które im wcześniej obcięto. Support Dietrich na wieść o tym wydaje rozkaz żeby przez trzy dni nie brać żadnych jeńców tylko rozwalać ich na miejscu. Przyznam, że gdy czytałem o tym to pomyślałem sobie, że choć Sepp miał swoje za uszami i może i powinien wisieć to w takiej sytuacji był to jedyny możliwy rozkaz jaki mógł wydać, tylko za takie coś to powinien nie na trzy dni, a na znacznie dłużej...
I widzę, że mój nowy telefon wie lepiej ode mnie co ja chcę napisać. Oczywiście nie żaden Support, a Sepp miało być...
Mirko...może w tym czasie polecisz kolejne losy Harrego Hole. Pierwszy sezon mam za sobą.
A ja mam pytanie do Ciebie Mira. Nie jest to coś co spędza mi sen z powiek, niemniej chciałbym poznać mechanizmy rządzące takimi sprawami, a Ty zdaje się masz udziały w wydawnictwach i chyba orientujesz się w tym rynku księgarskim. A w czym rzecz? Otóż jest galeria handlowa, a w niej Empik i tam książka kosztuje 60 złotych, nawet trochę ponad, sto metrów dalej w tej samej galerii, jest inna księgarnia i tam ta sama książka kosztuje 39 złotych. I to nie jest jednostkowy przykład, a reguła. O co tu chodzi? Ja rozumiem, że cena tego samego produktu może się różnić o kilka czy nawet kilkanaście procent, ale o ponad 50 procent? Mamy wolny rynek i konkurencję i skąd taka różnica cenowa? Bo ja rozumiem jak jest sklep na wsi, innego sklepu tam nie ma, do najbliższego miasta jest 10 km, Pekaes też tam nie dojeżdża i właściciel takiego sklepu może sobie ceny windować, bo jak się nie podoba to dymaj 10 km do innego sklepu po chleb. Albo płaci się za markę czy firmę, bo są idiotki, które płacą za torebkę 20 tysięcy tylko dlatego, że ona ma metkę od Dolce Gabana czy innego Gucci, gdy bardzo podobne, ale bez takiej metki są za dwie stówy. Ale w tym przypadku mamy produkt, który nie jest podobny lub prawie taki sam, nie, to jest dokładnie ten sam, identyczny produkt. Pytałem się tych pań z księgarni dlaczego u nich tak tanio i one potwierdziły, że koleżanki z Empiku przychodzą kupować książki do nich, ale dlaczego to już nie umiały wyjaśnić. A Ty potrafisz to wytłumaczyć? Tylko najlepiej bez jakichś skomplikowanych angielskojęzycznych zwrotów żebym ja z tego coś zrozumiał. I byłbym wdzięczny gdybyś do swojej ewentualnej odpowiedzi nie wplatała wątków o pończochach i paskach, bo temat nie dotyczy produktów Gatty czy Calzedonii tylko cen książek...
Dziękuję za ciekawy wywód. Bardziej chodziło mi o to jaki jest sens sprzedawać coś za 60 złotych skoro w sklepie obok ten sam produkt można dostać za 40. I ktoś mi to dzisiaj wyjaśnił. Typowa księgarnia zarabia na sprzedaży książek. I jak nie sprzeda to nie zarobi, dlatego musi mieć przystępne ceny. A EMPiK to wielka sieć, która sprzedaje różne produkty i tam książka jest jedynie dodatkiem. Sprzeda książkę to dobrze, nie sprzeda to nie ma tragedii, bo zarobi na czymś innym, więc mogą mieć tę ceny wyższe. Brzmi to dla mnie logicznie. A tę panią chyba kojarzę, ona miała nick: "Kielecka zolza" czy jakoś tak. Szybko mnie zablokowała, ale ogólnie fajna babka...
Dobra, to i ja zapoznałem się z twórczością Jo Nesbo. Powiem Wam, że tu czasami te znajome kobitki pytają mnie po cholere ja gadam z tą Milfurią, ona ciebie obraża, jest antypatyczna, niemiła i po co w ogóle z nią gadasz? Odpowiadam wtedy, że po prostu lubię sobie pogadać, interesują mnie różne ciekawostki i jestem facetem, a nie przewrażliwioną na swoim punkcie primadonną, więc ani nie płaczę, ani się nie tnę jak mnie ktoś obrazi. Ale jest jeszcze jeden powód. Otóż mam pewną przypadłość, lubię czytać. Ot, taka moja fanaberia. Wiem, że nie powinienem, bo to czytanie jest szkodliwe dla zdrowia, ale ja już tego nie zmienię, mam tak od dziecka. Szybko nabyłem tę umiejętność i pamiętam jak podczas imprez rodzinnych czy wśród znajomych rodziców musiałem coś tam czytać, a mama się mną chwaliła, że jeszcze do szkoły nie chodzi, a już umie czytać. W tamtych czasach pozwalało mi to odbywać dalekie podróże, poznawać nowe lądy czy odkrywać tajemnice, gdy zaczytywałem się w przygodach Pana Samochodzika lub Tomka Wilimowskiego czy obcując z bohaterami Karola Maya lub Julesa Verne. I tak mi już zostało. Z tym, że od jakiegoś czasu pojawił się problem. Po jaką książkę sięgnąć? Byłyby w sklepach trzy książki to nie byłoby problemu, ale jak w księgarni są do wyboru trzy tysiące to ja nie wiem na co się zdecydować. Zajdel, Lem, Tyrmand, Dick czy Orwell już nic nowego nie napiszą, bo już od dawna wąchają kwiatki od tej drugiej strony. Łysiak jest po 80-tce, więc raczej nie pisanie mu w głowie. Jest Ziemkiewicz i każdą jego książkę mam jak tylko jest w sprzedaży, ale to załatwia problem na trzy dni, no góra na tydzień, a co potem? I tu właśnie czasami z pomocą przychodzi Milfuria. Tak było z "Czystką", z "Chłopkami" i teraz z Nesbo...
To nazwisko oczywiście było mi znane, ale brakowało impulsu żeby sięgnąć po jego książki. I ostatnio tu rozmawiałyście o nim. Mira wspomniała o karabinie snajperskim, o II wojnie i to mnie zainteresowało. Choćby z tego powodu, że mój stosunek do ochotników walczących po stronie Rzeszy jest raczej daleki od tzw. politycznej poprawności. W mojej ulubionej księgarni zamówiłem sobie "Czerwone gardło", tak na próbę, żeby zobaczyć jak ten Nesbo pisze. I on jest świetny, to była pasjonująca, wciągająca lektura. Jedyny minus to fakt, że książka liczyła 423 strony, a ja po 182 stronie już wiedziałem kto jest sprawcą. Znaczy domyślałem się, bo pewności nie miałem. Ale na tej właśnie stronie dowiedziałem się, że Sindre Fauke zabił swoich rodziców oraz dwóch braci. Podobny motyw ze śmiercią rodziców był w "Czwartym protokole" Forsythe, choć tam rodziców sprzątnął sowiecki wywiad, a nie ten podstawiony, ale domyśliłem się, że Fauke to w istocie Johansen. Potem kilka szczegółów jedynie mnie w tym utwierdziło. Ale i tak czytało mi się to znakomicie. Jedyny niedosyt odczuwam z tego powodu, że ten skurwiel nazywający sam siebie "Księciem" pozostał bezkarny. Ale domyślam się, że pewnie, w którejś z kolejnych części i jego dopadnie sprawiedliwość. Która z pozostałych części jest najlepsza? I czy to trzeba czytać jakoś chronologicznie czy też każda kolejna książka Nesbo jest osobną, autonomiczną opowieścią?
Czy filmy erotyczne też wchodzą w grę? Albo porno? Szukam kilku filmików z dirty talkiem
No jak nie jak tak! Stary, tu właściwie tylko o takich filmach się rozmawia z tym, że ja to się jedynie przysłuchuje, bo nie jestem w temacie. Bo ja ostatniego erotyka to obejrzałem w podstawówce, a to było jeszcze w poprzednim stuleciu. Pamiętam "Lody na patyku". Dzisiaj to byłby zwykły serial dla młodzieży, ale myśmy to oglądali z wypiekami na twarzy i dla nas to był film erotyczny. I jeszcze była seria "Emmanuelle". Ech, to były czasy! Urywalismy się z lekcji jak była jakaś plastyka czy inna muzyka i który miał wolną chatę to dawaj do niego i się oglądało na kasetach VHS. I człowiek się ekscytowal, bo zobaczył kawałek dupska czy cyca. A potem stwierdziłem, że jednak od oglądania jak inni się bzykają to wolę sam to robić. Potem jeszcze były "Nagi instynkt" (ech, ta niesamowita Sharon!) czy "9,5 tygodnia" z Basinger, ale dla mnie to bardziej klasyka kina niż erotyki. Stary, sam widzisz, że ja to mam mizerne doświadczenie w tym temacie i nie pomogę, no ale nie trać nadziei, bo może inni...
Mi chodzi o w sumie kilka takich filmów a właściwie filmików co latają po sieci krótkich i jak kobieta do faceta ostro wypluwa ;) a nie mogę znaleźć
Kobieta wypluwająca do faceta? No toś mi brachu dał zagwozdke, bo nic takiego nie kojarzę. No zacofany jestem i nie znam takich produkcji. Gdyby chodziło o kobietę wypluwającą na kobietę to jeden film mógłbym Ci polecić. Z Moniką Bellucci. Powiedzieć, że Monika jest tam piękna to tak jakby nic nie powiedzieć. I jak się wyróżniasz z tłumu to czasami możesz wtedy liczyć na sławę i inne profity, ale bywa też tak, że płacisz za to wysoką cenę. Monika wyróżniała się oszałamiającą urodą i zapłaciła za to. Bo te obłudne, zawistne, stare jędze, zresztą młodsze też, zlinczowały Monisię, bo była za ładna. I nie tylko na nią wypluwały, ale też ją biły, kopały, znieważały. Monika stała się tam ofiarą społecznych lęków, zazdrości i kompleksów. A ludziom nie trzeba wiele, czasami wystarczy byle pretekst czy plotka, by stali się okrutni i podli. O tym mówi film "Malena" z gwiazdorską rolą Bellucci i świetną muzyką Morricone. I tyle z mojej strony o wypluwaniu. Jeśli nie jesteś usatysfakcjonowany moją odpowiedzią to nie zrażaj się tylko szukaj i pytaj dalej. Wszak jak mówi stare chińskie przysłowie: kto pyta, nie błądzi, a pewien mądry człowiek już dawno temu zachęcał: szukajcie, a znajdziecie...
Nie wiem czy była genialna, ale z pewnością była wybitną aktorką. I przy tym normalnym człowiekiem, który popełniał błędy i upadał. Bo takie jest życie. Życie to nie jest ciągłe i nieprzerwane pasmo sukcesów we wszystkich dziedzinach. To są również porażki, pomyłki, nietrafione decyzje. Ważne żeby z błędów wyciągać wnioski i starać się ich nie powtarzać, a po upadku podnieść się, otrzepać i żyć dalej. I pani Stanisławie chyba to się udało. Ona nie zakładała (poza teatrem) maski, nie udawała kogoś kim nie była i nie robiła z siebie chodzącego ideału. Otwarcie mówiła o swoim problemach. Nie wiem czy ku przestrodze czy może była to jakaś forma ekspiacji. Przyznam, że jak facet roztkliwia się nad sobą to jest to dla mnie żałosne. Bo go hejtują, bo miał ciężkie dzieciństwo, albo najlepsze- bo ma depresję. Nie taka jest rola mężczyzny, on ma zacisnąć zęby, a nie użalać się nad sobą. A pani Stasia nawet jeśli mówiła o swoich problemach to robiła to z dużą klasą. Ja zapamiętam ją głównie z "Nocy i dni" oraz z "Pieniądze to nie wszystko". Ten jej tekst do Bogusława Maślanki odnośnie rozcięcia rajtuz: "To nie znaczy, że mam szastać na lewo i prawo!" nawet sobie zapożyczyłem i czasami mówię tak do żony, gdy ona informuje mnie o jakimś wydatku i mówi, że przecież nas stać. Odpowiadam wtedy, że może i nas stać, ale to nie znaczy, że mam szastać na lewo i prawo i przypomina mi się Ala grana właśnie przez panią Stanisławę. Dla mnie to bardzo pozytywna postać polskiej kultury i szkoda, że od dwóch dni będzie się o niej mówiło już w czasie przeszłym...
Serwis przeznaczony tylko dla osób dorosłych. Klikając "Wchodzę" potwierdzasz, że masz ukończone 18 lat. Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług.