W pokoju, nasączonym zapachem drzewa sandałowego wszyscy troje spełnialiśmy się, opleceni żądzą i pożądaniem.
Pulsujące rytmy muzyki wypełniały przestrzeń, podkreślając każdy ruch, każde nasze westchnienie. Jego dłonie, jak wyrafinowane instrumenty, odnajdywały drogę do nieznanych zakamarków mojego ciała, wywołując u mnie symfonię rozkoszy i nieokiełznanej ekstazy.
W ciasnych objęciach namiętności granice zacierały się coraz bardziej. W ekstazie zbliżającego się szczytu pożądania, dotarłam do źródeł swojej ludzkiej natury, gdzie rozkosz przestaje być indywidualną przyjemnością, a staje się wspólnym doświadczeniem wszystkich nas trojga..
Mój orgazm, dzielony z mężem i kochankiem, nie był tylko fizycznym wybuchem rozkoszy, ale także duchowym zlaniem się trzech obecnych w pokoju istnień w jedno, momentem transcendencji, gdzie granice zniknęły, a pozostała tylko jedność, harmonia i ekstaza, którą trudno opisać słowami.