Jest taki rodzaj uśmiechu, który ma w sobie coś z letniego wiatru.
Pojawia się zbyt prawdziwie, żeby przejść obok niego obojętnie. Aż chce się patrzeć o chwilę za długo. Aż do momentu, w którym druga osoba lekko się peszy, jakby dopiero wtedy zorientowała się, jaki bałagan wywołała jednym uśmiechem.
To zabawne, jak kilka milimetrów uniesionego kącika ust potrafi na moment całkowicie rozbroić drugiego człowieka. Odebrać mu pewność siebie. I zostawić z jedną, bardzo niewygodną myślą:
„Koniec. Po mnie.”