Niebo jest najbliższym człowiekowi obrazem nieskończoności. Bezkresną przestrzenią, która z czułością unosi Słońce, Księżyc i przypadkowe chmury.
Nie wierzę już w niebo, które czeka dopiero po wszystkim. Dotknęłam go tutaj, na ziemi. Sobą. Dłonią. Spojrzeniem. Nawet we wdechu powietrze zdawało się być lżejsze, podobne zapachem do nadchodzącej burzy. Męskie.
To przestrzeń, w której ciało wie. Oddech wie. A zaufanie kończy odwieczną dyskusję ze strachem. Tam rozsądek nie znika — po prostu odważa się poprowadzić głębiej, niż sięgały wszystkie wcześniejsze doświadczenia.
To miejsce, w którym poczucie nieba na ziemi staje się tak gęste, że niemal przechodzi w stan płynny. Czasem spokojny, czasem burzowy. Tam kończą się wszystkie mapy, negocjacje i potrzeba kontroli. Zostaje tylko obecność.
Niebo nie jest miejscem ponad chmurami. Jest człowiekiem, który każdego dnia przypomina, że istnieje w nas znacznie więcej. Takie piękno, przy którym nawet wolność jest dopiero początkiem.