Przestrzeń, z której przelewa się zaufanie wymieszane z żądzą, pragnieniem wpływu i nutą niebezpieczeństwa. Taka, w której granice przyzwoitości opadają z hukiem tak dosadnym, że w sąsiednim państwie było słychać. I nagle odkrywasz… że dostęp do wolności był w Tobie przez cały czas.
To doświadczenie nie kończy się wtedy, kiedy niebezpieczeństwo mija. Ono zostaje pod skórą. Wraca po cichu w najmniej spodziewanych momentach, przypominając, jak smakuje oddanie temu, co w człowieku usilnie głodne i dzikie, a przez większość życia grzecznie udaje cywilizację.
I może właśnie dlatego powrót do świata, z którego się wyruszyło, staje się absurdalny. Nie dlatego, że świat się zmienił. Dlatego, że zmienił się sposób jego doświadczania. Powiększasz się o przestrzeń w sobie, której nie da się już zamknąć z powrotem w cudzych definicjach.
Bo najniebezpieczniejszą rzeczą, jaka może przydarzyć się człowiekowi, jest odkrycie, jak naprawdę może smakować życie, kiedy odwaga bycia sobą wygrywa.