Usiadł, opierając głowę o chłodną szybę, i wydawał się mniejszy w obszernym fotelu mojego auta. Jego nogi, chude i owinięte w ciasny dżins, były lekko ugięte w kolanach. Ruszyłem, włączając kierunkowskaz, a światła latarni rytmicznie oświetlały jego profil, rzucając cienie na smukłą szyję i delikatne żeberka. W powietrzu unosiła się cisza, przerywana jedynie cichym szumem opon na asfalcie i jego nieco przyspieszonym oddechem.
Jego dom był na uboczu, w cichej dzielnicy, gdzie ulice były szerokie i puste o tej porze nocy. Zatrzymałem silnik pod starą, rozpadającą się bramą, a światła reflektorów oświetliły kępy wysokich traw i chropowatą fakturę tynku. Nie ruszył się do wyjścia. Siedział nieruchomo, jego dłonie leżały na udach, palce nerwowo drapały materiał spodni. Wnętrze samochodu pogrążyło się w półmroku, jedynie deska rozdzielcza rzucała blade, niebieskie światło na jego twarz.